wtorek, 23 października 2007

Laos

Laos - podobno jedno z bardziej zrelaksowanych i najbardziej zbombardowanych miejsc na swiecie.
Przekroczylimy jego granice z Tajlandia w miejscowosci Huay Xai i nastepne 2 dni plynelismy lodzia po rzece Mekong. Lodz jak na nasze oko przewidziana byla na kilkadziesiat osob. Wepchnieto ze 100 kilkadziesiat pasazerow. Scisk byl dobry, siedzonka trwarde na smierc a towarzystwo z braku innych zajec pilo i darlo mordy w wesolym amoku. 2 takie dni, gdzie pomiedzy nas zostala jeszcze wcisnieta lokalna ludnosc z dobytkiem (ryz, tobolki, motocykl, itp) scisk conajmniej im nie przeszkadzal. Jedna laska swobodnie uzyla piterowej czapki jako poduszki i zasnela mi prawie na nogach. Dotarlismy tak do Luang Prabang - co za cudowne miasteczko.
Opisywane jest jako jedno z piekniejszych w poludniowo-wschodniej Azji i nie jest to przesadzone.
Fantastyczny klimacik. Male knajpki, masa dobrej jakosci wyrobow i bizuterii, nocne bazary i dobre wegetarianskie bufety.
Spedzilismy w LP 3 wesole dni w doborowym towarzystwie poznanym na lodzi. Para z Lotwy, Australii i Kanady.
Przesmieszni ludzie, najlepsza ekipa jaka do tej porty spotkalismy. Najpierw pojechalismy z nimi do krainy wodospadow, (zobacz w galerii) a w kolejny dzien splywalismy kajakami - mialy byc to sporty extremalne. Rzeka stopien trudnosci 3 na 5 mozliwych, wiec my w pelnym ekwipunku (kaski, kamizelki). Poza 6 szybszymi kawalkami, tafla wody byla gladka jak stol. Dotarlo do nas jak debilnie prezentujemy sie w tym wszystkim na tle tak spokojnej wody, gdy jedna z miejsowych kobiet weszla do lodki i z braku wiosel, zdjela klapki i spokojnie wioslujac nimi przeplynela na drugi brzeg rzeki. Dostalismy ataku smiechu i nie przeszlo nam juz do konca.
Kolejne miasto na naszej laotanskiej trasie to Vientiane (stolica). Dotarlismy tam dziennym autobusem. Nasz kierowca pedzil jak sam szatan po drodze tak kretej jak to tylko mozliwe. Z dachu spadl jakis pakunek, dziecko za nami sie porzygalo, klimy nie bylo a na caly regulator rozbrzmiewalo disco Lao. Po 10 takich godzinach bylismy nieco zrujnowani psychicznie. O stolicy powiemy tylko tyle - nic ciekawego. Betonowo i bez klimatu.
Nastepny przystanek to Pakse. Kolejne 9 godzin tym razem w luksusowym nocnym autobusie, gdzie podano nam kanapki i kocyk do przykrycia (oczywiscie jak jest klima to na maxa, -1000 stopni). Przesiedzielismy tam cale 2 dni lekko (4km od centrum) na uboczu :) W naszym hoteliku nikt nie byl zapewne od 10 lat. Lozko (plyta pazdziezowa) i narzuta. Lazienka z kipami za kiblem i masa mydel i czyjegos stafu ... Posciel podejzana bo swedzialo nas potem wszystko. Obsluga bez angielskiego. Nikt nie wiedzial oco chodzi. Dopiero po godzinie od przekroczenia progu tego przybytku udalo nam sie dogadac z organizatorem tej imprezy, ktory przyjechal specjalnie do nas :)
Oprocz dobrej indyjskiej restauracji, tam naprawde nic nie bylo. Obecnie piszemy tego bloga z Savannaket i tu tez nic nie ma ... doslownie. Kicz na straganie i 2 swiatynie na krzyz. Czekamy juz na ten Wietnam ale to dopiero jutro.

THE END.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Drodzy przyjaciele, pisze do Was WOLNA KOBIETA - zdałam mój pi..... egzamin i to bardzo ładnie!!! W końcu mogę się zająć sobą a nie książkami, kserami, zeszytami, notatkami i innymi bzdetami. Składam podanie o pracę w prok., a jak będę grzeczna i zarobię trochę piniążków to się też gdzieś wybiorę jak Wy ;-) Całusy i piszcie częściej!

deta pisze...

cześć!!! jeździmy razem z Wami.Uważajcie na siebie!!! Mam nadzieję, że zdrowie będzie Wam dopisywało (jak Babci Trudzi na dalekich wyjazdach).Całusy od reszty Rzepków.deta