Dotarlismy w koncu na polnoc. Chiang Mai , Chiang Rai i ZLOTY TROJKAT. Mozna powiedziec ze transport koleja to mamy obcykany. Pociagi sypialne czy dzienne gdzie serwuja zarcie jak w samolotach ( w cenie biletu). Nawet w takim pociagu mielismy pierwsze doswiadczenie z ''egzotycznym jedzienem ''.Zapodalismy smakowicie pachnaca zupe, w ktorej plywaly niezidentyfikowane czarne cosie. Piter uznal, ze pewnie to jakies grzyby i pozarl to ze smakiem. Potem sie dowiedzielismy ze te cosie to byla zakrzepla krew....
Tak wiec wyladowalismy w Chiang Maiw w bardzo fajnym guest housie. Superowa atmosferka , sniadanie przybrane kwiatkami itd:). Zreszta nam osobiscie polnoc bardziej przypadla do gustu. Wolimy gory niz morze, poza tym luzniejsza tu atmosfera.
Nie jest az tak tloczno( przynajmniej teraz )i jest taniej niz na takich wyspach czy w Bangkoku. Pozwiedzalismy miasto i oklice, min muzeum plemion , ktorych tutaj zyje calkiem sporo. Zyja w wioskach, jedni bardzo naturalnie inni juz troche pod turystow ale ciekawie i tak. Posrod wielu, najbardziej wyrozniaja sie DLUGOSZYJE - plemie, w ktorym dziewczynkom od 5 roku zycia zaklada sie na szyje metalowe obrecze nienaturalnie wydluzajac ja w te sposob,lub DLUGOUCHE. Obie sprawy dotycza tylko kobiet.Tutaj na polnocy mielismy tez zaplanowany treking. Trzy dni w dzungli z przewodnikiem. Za dnia lazisz po dzungli roznymi szkalami a noce spedzasz badz w tych plemiennych wioskach, badz w chatach zbudowanych wlasnie do tego celu. Jedna z takich chat byla umiejscowiona jakies 10 m od wodospadu. Wszystko do okola jest wilgotne (materac na ktorym spisz ,koc ktorym masz sie przykryc,lawki na ktorych konsumujesz ,ziemia na ktorej stoisz. Dodajac do tego wielkie dziury w moskitierach noc nabiera calkiem innego wymiaru szczegolnie gdy nieopodal jest huczacy wodospad a dzungla odzywa sie swoim wlasnym glosem - miazga. Przy okazji zaladowano nas tez na slonie i zaliczylismy treking tez na nich. Nie popieramy jednak takich akcji bo zal nam grubaskow i jedyne co,to odwdzieczylismy sie masa zakupionych bananow co by se chlopaki podjadly troche. Kolejna atrakcja byl splyw babmusowymi tratwami. Tu bylo smiesznie , bo nasz grupowy Japonczyk( ktory na treking wybral sie w gladkopodeszwowych-cichobiegach i latal po calym trakcie jak szmata. Deszcze + mokre liscie + korzenie i glina = piekne poslizgi i pady na pysk tak co 20 krokow )nie dal rady z balansem i spadl z tratwy do rwacej rzeki. Dwa rzy zniknal nam z pola widzenia pod tafla wody, ale uratowalismy nieboraka. On sam podobno bawil sie swietnie ( my - gdy on znikal pod woda mielismy panike w oczach ):)
Kolejna fajnista rzecza sa tutaj nocne bazary. Maja tu takie piekne rzeczy, ze az sie plakac chce bo nie masz dodatkowej walizy , wktora mozna by pakowac te cudenka.
Ah ciezkie jest zycie podroznika :)))))))))))))))
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz