Po rocznej podróży przyszedł czas na powrót do normalnego życia. Jak się okazuję po paru miesiącach nie jest to wcale takie łatwe do wykonania. Te wszystkie miejsca, które zobaczyliśmy i sytuacje, które doświadczyliśmy podczas naszej podróży nie pozwalają o sobie tak łatwo zapomnieć.
To co teraz pozostało to ponad 6000 fantastycznych zdjęć. Tyle ładnych miejsc nie można zobaczyć w normalny sposób. Do tego trzeba pełnego zaangażowania, którym jest właśnie przerwa w życiorysie - zwiedzanie świata.
Miejsca, które zobaczyliśmy w kolejności zwiedzania to:
Tajlandia, Laos, Wietnam, Kambodża, Singapur, Malezja, Indonezja, Nowa Zelandia, Australia, Indie, Turcja, Bułgaria, Rumunia. Węgry, Czechy oraz Słowacja.
środa, 7 stycznia 2009
piątek, 30 listopada 2007
Zmiana bloga.
Dokonalismy zmiany bloga na nowy wygodniejszy system z mapa oraz forum dyskusyjnym.
Nowy adres to: wyprawa.ir.pl
Zapraszamy.
Piter i Slawka
Nowy adres to: wyprawa.ir.pl
Zapraszamy.
Piter i Slawka
niedziela, 18 listopada 2007
EKJUZMI - JU BAJ SAMTING FOR MI :)
Kolejnym miastem na naszej trasie bylo Nha Trang - najpopularniejsza nadmorska miejscowosc. Dotarlismy tu wygodnym (o dziwo) nocnym autobusem. Lezysz sobie, sluchasz muzy i podziwiasz. Dobrze jest. Od pierwszych chwil po wyjsciu z autobusu nastroje nam sie zepsuly. Poniewaz lalo cala noc, luk bagazowy zalalo a w nim nasze plecaki. Plecak Slawki najbardziej wraz z cala jego zawartoscia. Leje, nic nie chce schnac, poruszanie sie po miescie trudne. W zwiazku z warunkami pogodowymi spedzilismy tu az jedna noc (bo zapowiedzi na najblizsze dni niewiele sie roznily). Co tu robic jak leje w ciezki sposob? Gorace zrodla!! Jak siedzisz w wodzie to fakt lejacego do okola deszczu nie ma znaczenia:). Tak wiec najpierw kapiel w blocie leczniczym. Nastepnie bicze szkockie i moczenie w goracym baseniku. Na koniec plywanie w duzym basenie (temp prawie 40stopni ) , masaz i sauna. Nic dodac nic ujac. Poza tym do naszych wspomnien z Nha Trang dolacza jeszcze swietne jedzienie i lody, ktore Piterowi snily sie jeszcze przez tydzien:).
11.11 - Docieramy do Dalatu. Baaardzo fajne miasto. Nazywane wietnamskim Paryzem. Maja tu nawet swoja wieze Eifla i jezioro po ktorym mozna poplywac wielkimi labedziami. Niesamowitym obiektem jest tzw.SZALONY DOM/galeria. Zaprojektowany przez (najwyrazniej ) dzika Wietnamke ( studiowala architekture w Moskwie) ktora mieszka tu do dzis. Mozna poogladac i wynajac pokoj na noc - niestety drogo sobie licza. Styl jakby Gaudiego troche - dzikie kolory, struktury, rzezby i pomysly nie z tej ziemi:). W nieco podobnym stylu jest tez kawiarnia 100 dachow. Nasza ulubiona zreszta. Przesiadywalismy tam wieczorami tnac w karty i pijac herbate z gerbery. Kilka pieter totalnie zakreconych pomieszczen. Wszedzie stoliki, stoliczki, wystajace ze scian krzesla, rosliny, zbiorniki wodne, lampy, dziwne maski, ptaki itd. To wszystko odpowiednio podswietlone i miejsce z innego swiata gotowe.
W wietnamie slynni sa tzw Easy Riders. Kolesie na motorach, ktorzy woza cie z miasta do miasta po drodze opowiadajac i goszczac w znajomych domach. My wybralismy ich uslugi na mniejsza skale - wycieczke do okola Dalatu. I tak Dalat i jego okolice umieszczamy w scislej czolowce najladniejszych miast Wietnamu. Widoki, widoki widoki. Pagody (w jednej z nich najpiekniejszy posag buddy jaki do tej pory widzielismy ) swiatynie, wodospady ( i szalony zjazd bobslejo-zjezdzalnia). Naturalnie chlopaki poza miejscami pieknymi, pokazali nam tez jakies badziewne. Na ten przyklad WIOSKA KURCZAKA. Wioska -jak kazda inna z wielkim betonowym posagiem kuraka posrodku i jakas sliska historia na ten temat....lub wodospad Cam Cy 1,5 metra spadu ( wow ) a do okola Wietnamole na koniach jako kowboje, slon na lancuchu, gokarty i wyciag krzeselkowy na odcinku 250 metrow ( osobno platny ).
Z Dalatu uderzylismy do Mui Ne. Kolejna miejscowosc nad morzem. Powiemy tak : jesli ktos szuka spokoju, wschodow i zachodow slonca na plazy, spokoju, plazy.....to tu znajdzie.:) Dobre miejsce do powiszenia bez celu i relaxu. Tak wiec zbieralismy muszelki, plywalismy, chodzilismy do knajpki POGO BAR ( prowadzi go mloda Niemka, ktora tez wyruszyla w podroz. Po 3 miesiacach ktos zaproponowal jej prowadzenie pubu. Tak o - w Wietnamie po prostu. Zgodzila sie i podpisala kontrakt na 10 lat:) 2 ma juz za soba i dobrze sobie radzi. Dobre jedzienie, dobra muza i lody o smaku zielonej herbaty).
Zaliczylismy tez przejazd motorem w 3 osoby. Taniej niz branie 2 osobnych a wietnamskim sposobem miescimy sie razem z kierowca i plecakiem na jednym -wiec czemu nie? :) Jedna tylko rzecz byla przestraszna. Tysiace malych gryzacych muszek na plazy. Pozarly Slawke tak strasznie ze nie mogla spac w nocy bo musiala sie wsciekle drapac. Do tego doszlo kilka komarow i po policzeniu bylo na samej tylko 1 nodze okolo 40 ukaszen! Pozegnalismy Mui Ne bez zalu. Plackeim na plazy to jednak nie nasza specjalnosc.
No to dalej miasto HO CHI MINH czyli witamy w Sajgonie. Ho ho co za ogrom. Wieksze niz Hanoi. (kiedys to wlasnie Sajgon byl stolica poludniowego Wietnamu). Wszystkiego jest wiecej. Ludzi (okolo 8 milionow ), motorow ( okolo 3 miliony ) straganow, handlarzy, zebrakow, hoteli itd. Totalny szal w gaciach. Podoba nam sie bardzo (a Piterowi najbardziej sklepy z elektronika:) Poznalismy na wieczornym piwkowaniu ( piwo wietnamskie sikacz straszny. Slabe i bez gazu- smierdzi moczem jakby....:) ) Que - lokalnego. Wiedzial skubany strasznie duzo o Polsce. O papiezu, o blizniakach , o Walesie o Tusku nawet!! Slawka chciala skosztowac psiego miesa - w imie poznawania innych kultur. Piter nie dal sie jednak namowic tym razem i Que obiecal nam, ze jak sie znowu zgadamy to zaprowadzi nas w odpowiednie miejsce. Obadamy.
Jeden z dni spedzilismy na wycieczce organizowanej z Sajgonu do Cu Chi - tuneli wietkongu. Ci ludzie sa niesamowici. Wola walki i niezlomnosc dzialania godne najwyzszego podziwu. Musieli byc malency i chudziency bo w miejscach gdzie oni smigali kilometra mi w te i z powrotem pod ziemia my, ledwo przeszlismy 120 metrow. Nogi jak z waty. Masa zmyslnych pulapek i stacji przetwarzania zuzytej juz amunicji, ktora zrzucili na ich Amerykanie. Masakryczna ilosc bomb zrzucona w tym rejonie pozostawila po sobie wielgasne kratety. Ponura sprawa. Po tunelach dobilismy sie jeszcze wizyta w muzeum wojny. To juz bylo za wiele. Slawka sie poryczala. Tak absolutnie genialne zdjecia pokazujace ogrom cierpien ,tortur, masakry i przemocy. Osoby fotografujace tak przerazajaco dokladnie pokazaly co sie tam dzialo, ze czulismy sie tam prawie obecni z nimi. Nie bedziemy w stanie opisac tego slowami.....WOJNA JEST DO DUPY!!!!!!!
11.11 - Docieramy do Dalatu. Baaardzo fajne miasto. Nazywane wietnamskim Paryzem. Maja tu nawet swoja wieze Eifla i jezioro po ktorym mozna poplywac wielkimi labedziami. Niesamowitym obiektem jest tzw.SZALONY DOM/galeria. Zaprojektowany przez (najwyrazniej ) dzika Wietnamke ( studiowala architekture w Moskwie) ktora mieszka tu do dzis. Mozna poogladac i wynajac pokoj na noc - niestety drogo sobie licza. Styl jakby Gaudiego troche - dzikie kolory, struktury, rzezby i pomysly nie z tej ziemi:). W nieco podobnym stylu jest tez kawiarnia 100 dachow. Nasza ulubiona zreszta. Przesiadywalismy tam wieczorami tnac w karty i pijac herbate z gerbery. Kilka pieter totalnie zakreconych pomieszczen. Wszedzie stoliki, stoliczki, wystajace ze scian krzesla, rosliny, zbiorniki wodne, lampy, dziwne maski, ptaki itd. To wszystko odpowiednio podswietlone i miejsce z innego swiata gotowe.
W wietnamie slynni sa tzw Easy Riders. Kolesie na motorach, ktorzy woza cie z miasta do miasta po drodze opowiadajac i goszczac w znajomych domach. My wybralismy ich uslugi na mniejsza skale - wycieczke do okola Dalatu. I tak Dalat i jego okolice umieszczamy w scislej czolowce najladniejszych miast Wietnamu. Widoki, widoki widoki. Pagody (w jednej z nich najpiekniejszy posag buddy jaki do tej pory widzielismy ) swiatynie, wodospady ( i szalony zjazd bobslejo-zjezdzalnia). Naturalnie chlopaki poza miejscami pieknymi, pokazali nam tez jakies badziewne. Na ten przyklad WIOSKA KURCZAKA. Wioska -jak kazda inna z wielkim betonowym posagiem kuraka posrodku i jakas sliska historia na ten temat....lub wodospad Cam Cy 1,5 metra spadu ( wow ) a do okola Wietnamole na koniach jako kowboje, slon na lancuchu, gokarty i wyciag krzeselkowy na odcinku 250 metrow ( osobno platny ).
Z Dalatu uderzylismy do Mui Ne. Kolejna miejscowosc nad morzem. Powiemy tak : jesli ktos szuka spokoju, wschodow i zachodow slonca na plazy, spokoju, plazy.....to tu znajdzie.:) Dobre miejsce do powiszenia bez celu i relaxu. Tak wiec zbieralismy muszelki, plywalismy, chodzilismy do knajpki POGO BAR ( prowadzi go mloda Niemka, ktora tez wyruszyla w podroz. Po 3 miesiacach ktos zaproponowal jej prowadzenie pubu. Tak o - w Wietnamie po prostu. Zgodzila sie i podpisala kontrakt na 10 lat:) 2 ma juz za soba i dobrze sobie radzi. Dobre jedzienie, dobra muza i lody o smaku zielonej herbaty).
Zaliczylismy tez przejazd motorem w 3 osoby. Taniej niz branie 2 osobnych a wietnamskim sposobem miescimy sie razem z kierowca i plecakiem na jednym -wiec czemu nie? :) Jedna tylko rzecz byla przestraszna. Tysiace malych gryzacych muszek na plazy. Pozarly Slawke tak strasznie ze nie mogla spac w nocy bo musiala sie wsciekle drapac. Do tego doszlo kilka komarow i po policzeniu bylo na samej tylko 1 nodze okolo 40 ukaszen! Pozegnalismy Mui Ne bez zalu. Plackeim na plazy to jednak nie nasza specjalnosc.
No to dalej miasto HO CHI MINH czyli witamy w Sajgonie. Ho ho co za ogrom. Wieksze niz Hanoi. (kiedys to wlasnie Sajgon byl stolica poludniowego Wietnamu). Wszystkiego jest wiecej. Ludzi (okolo 8 milionow ), motorow ( okolo 3 miliony ) straganow, handlarzy, zebrakow, hoteli itd. Totalny szal w gaciach. Podoba nam sie bardzo (a Piterowi najbardziej sklepy z elektronika:) Poznalismy na wieczornym piwkowaniu ( piwo wietnamskie sikacz straszny. Slabe i bez gazu- smierdzi moczem jakby....:) ) Que - lokalnego. Wiedzial skubany strasznie duzo o Polsce. O papiezu, o blizniakach , o Walesie o Tusku nawet!! Slawka chciala skosztowac psiego miesa - w imie poznawania innych kultur. Piter nie dal sie jednak namowic tym razem i Que obiecal nam, ze jak sie znowu zgadamy to zaprowadzi nas w odpowiednie miejsce. Obadamy.
Jeden z dni spedzilismy na wycieczce organizowanej z Sajgonu do Cu Chi - tuneli wietkongu. Ci ludzie sa niesamowici. Wola walki i niezlomnosc dzialania godne najwyzszego podziwu. Musieli byc malency i chudziency bo w miejscach gdzie oni smigali kilometra mi w te i z powrotem pod ziemia my, ledwo przeszlismy 120 metrow. Nogi jak z waty. Masa zmyslnych pulapek i stacji przetwarzania zuzytej juz amunicji, ktora zrzucili na ich Amerykanie. Masakryczna ilosc bomb zrzucona w tym rejonie pozostawila po sobie wielgasne kratety. Ponura sprawa. Po tunelach dobilismy sie jeszcze wizyta w muzeum wojny. To juz bylo za wiele. Slawka sie poryczala. Tak absolutnie genialne zdjecia pokazujace ogrom cierpien ,tortur, masakry i przemocy. Osoby fotografujace tak przerazajaco dokladnie pokazaly co sie tam dzialo, ze czulismy sie tam prawie obecni z nimi. Nie bedziemy w stanie opisac tego slowami.....WOJNA JEST DO DUPY!!!!!!!
czwartek, 8 listopada 2007
Co tam panie w Wietnamie ...
Zanim zaczniemy opisywac sam Wietnam, musimy wspomniec jak tu dotarlismy. Popelnilismy to z Laosu BARDZO LOKALNYM autobusem.
To byla chyba najgorsza rzecz jaka w zyciu zrobilismy ( gorszy w zyciu Slawki byl tylko atak salmonelli ). Autobus byl brudny (po przejechaniu palcem po siedzeniu zostawala na nim czarna warstwa ) i smierdzacy do granic mozliwosci.
Siedzenia nie rozkladane (przejazd ponad 12 h) i tylko do polowy autobusu bo z tylu wolna przestrzen na cokolwiek. W luku bagazowym przemycali cos w workach co smierdzialo pod niebiosa i wyciekalo podejrzanie. Sami Wietnamole i my jedyni biali. Wszyscy charali, smarali, pluli, palili i rzucali pety na podloge w autobusie. Na caly regulator leciala mordujaca nas muza a kierowca zapieprzal jak by sie palilo (naturalnie klakson co 15 sekund). Nagle ok 2 w nocy posrodku niczego gdzies tam, zatrzymalismy sie i wydedukowalismy, ze teraz tu jest przerwa. Piec godzin. Nikt nie gadal po angielsku, zero informacji co, gdzie i z jakiej racji tu stoimy. Lokalni zalegli gdzie mogli a my na tych siedzeniach na sztywno, w tym syfie. Nie ma nawet gdzie kupic wody czy cos. Po chwili caly autobus chrapal, charkal, pierdzial czy mamrotal cos przez sen. W zagrodzie obok ktos mordowal psa ktory dramatycznie wyl i jazgotal . Bylo duszno i smierdzialo rozpaczliwie. Bylismy bliscy morderstw lub samobojstw..... duzo by tu dalej pisac ale to chyba zarysowuje sytuacje. Koniec koncow podrozowanie tanim kosztem tak - az tak tanim JUZ NIGDY PRZENIGDY NIE!!!!!!!
Przechodzac jednak do samego Wietnamu, jest duzo lepiej niz w Laosie, przy czym zrazilismy sie bardzo do polnocnej czesci. Ludzie tu sa niezbyt mili I strasznie nastawienie na wyciaganie kasy.W sklepach nie ma naklejonych cen i o kazda malutka rzecz trzeba sie wyklocac I targowac. Ciastka ktore na poludniu kosztuja 16tys, tu te same w jednym sklepie 25 a w innym 45 –zalezy jak sie sprzedawcy spodoba. Dalej jestesmy milionerami jak w Laosie bo + - 60 dolarow to milion dongow . Ciezko sie polapac co i jak z ta kasa.
Zaczelismy wiec od miasta Hue –bardzo symapatyczne ( odwiedzilismy je juz zreszta 2 razy. Raz wynajelismy przewodnikow na motorach. Pokazali nam cos jak Wietnam w pigulce. Dowiedzielismy sie min ze perfumowa rzeka ma nazwe od jasminow , cynamonu I jeszcze wielu innych ktorymi cala pachnie w sezonie . Bylo tez o hamurgerowych polach o buddyzmie I maaasa ciekawostek) Pozwiedzalismy tu kilka miejsc takich jak Cytadela I Zapomniane Miasto a potem jeszcze fundnelismy sobie przejazd rykszami do jednej z najstarszych pagod w Wietnamie (patrz galeria). Smieszne uczucie jak ty mlody sobie siedzisz a dziadzio pedaluje z toba dobrych kilka kilometrow ale coz – powiedzmy ze zdrowe zajecie .
Co do pagod I swiatyn to styl panujacy w wietnamie przypadl nam do gustu zdecydowanie bardziej niz w Tajlandii. Wszystko jest pelne spokojnego uroku, drewniane, spokojna kolorystyka, otoczone drzewkami bonzai. Naprawde pieknie i elegancko . Z Hue udalismy sie w polnocnym kierunku do stolicy – Hanoi. (przejazd autokarem gdzie moje siedzenie bylo zepsute bo sie nie odchylalo wcale a Pitera nie wracalo do pozycji siedacej wiec mogl tylko lezec dla odmiany) Stolica bardzo nam sie spodobala. Absolutnie klimatyczne miasto. Dotarlismy tu przed 6 rano i na kwatery pojechalismy moto-taxowkami. Ostatnie stadium nerwicy serca gdy szalony Wietnamol za ktorym siedzisz na siedzeniu gna ile fabryka dala przez czerwane swiatla, w przeciwnym kierunku przez ronda itd. Warto jednak bylo, bo zoabzcylismy niesamowity widok. Cale miasto jest na ulicach (ok 5.45 rano) I wszyscy ubrani w dresy cwicza. W parkach, na chodnikach, gdzie sie da. Albo thai chi albo graja W BADMINTONA. Wszyscy tez sa szczuplutency I nagrubsze osoby jakie widzielismy to turysci. Stolica ma wiele do zaoferowania to tez pozwiedzalismy ile wlezie. Naszym ulubionym miejscem bedzie Swiatynia Literatury i Teatr Wodnych Kukielek ( fakt ze kukielki poruszaja sie na wodzi nadaje im niesamowity realizm) oraz caly tzw Old Quarter czyli stare miasto. Kolejnym miastem na naszej trasie bedzie Sapa. Miejscowosc do ktorej dotrzemy wygodnym sypialnym pociagiem ( opcja ktora wybieramy to 6 lozek w jednej kabinie ulozonych pietrowo. Dwa najwyzsze najtansze ) Sapa to urocz amiejscowoscwysoko w gorach. Slynie z przepieknych widokow calych mas pol tarasowych, ktorymi usiane sa gory do okola. Niestety dla nas pogoda nie dopisala za bardzo. Mgly starsznie ograniczaly widocznosc a zimno zaskoczylo nas totalnie bo nie mamy zbyt cieplych ubran ze soba. Wygrzebalismy co mamy najcieplejszego a biedny Piter jako ze buty mu splesnialy po ostatnim mokrym trekingu musial nosic obciachowe skarpety do sandalow. Tutaj na jednej z uliczek spotykamy widzianych juz gdzies przelotem Holendrow Monike i Keesa . Skumalismy sie i pozostalismy towarzyszami podrozy przez nastepnych pare dni. Razem z nimi wypozyczylismy
Motorki na wycieczke do wodospadow i wiosek lokalnych plemion (galeria). Od razu mielismy maly wypadek bo Piter jakos tak go odpalil ze motor wyskoczyl nam z pod tylkow. Slawka padla na ziemie na nia Piter a motor na nas na gore. Efekt – podrapany lokiec Slawki I lekko podrapana duma Pitera. Od tej chwili szlo nam jednak coraz sprawniej z tymi motorami. Trening czyni mistrza. Po Sapa pojechalismy z Holendrami do Ninh binh pozwiedzac parki krajobrazowe I odpoczac troche od tlumu ludzi. Ten przejazd tez zawieral elementy niecodzienne. Po drodze kierowca busa zatrzymal sie nagle I zakupil z przydroznej chaty mieso zamordowanej swiezo krowy. Niby nic tylko zaladowal nam je wprost pod nogi na podloge . Kawaly parujacego jeszcze miesa I zeber walaly nam sie pod nogami przy kazdym zakrecie. W Ninh Binh znowy wybralismy motory. Mocne przezycie bo trasa w 2/3 biegla droga szybkiego ruchu. Slawka przypomniala sobie jak sie odmawia rozaniec a Piter mial cisnienie 1200 na 800.
Zasada na drodze jest jedna – duzy moze wiecej. Ciezarowy I autobusy rzadza a drobnica na rowerach ,motorach I rykszach musi sobie radzic sprytem I jak tam potrafi. Akcje gdzie laska na rowerze gubi kapelusz w zwiazku z czyn NAGLE zatrzymuje sie na srodku drogi go podnosic. Rozpedzona fala pojazdow wszelkiej masci musi ja wyprzedzac jedni prawa inni lewa strona – kto gdzie moze i ma szczeline wolnego miejsca .Po parkach rozstalismy sie z Holendrami i nastapil czas na wode. Zatoka Ha Long (na liscie Unesco ) jest magicznym miejscem. Dziesiatki
porosnietych na zielono skal z grotami i jaskiniami. Nad tym wszystkim szybuja orly w sporych ilosciach. Pogoda tym razemjak zyleta. Spedzilismy tam 2 dni plywajac statkiem i nocujac na wyspie Cat Ba.Tam jednak na polnocy poza widokami na plus zobaczylismy jacy wietnamole moga byc wredni I falszywi. Kupilismy bilety na te wycieczke i nic nie bylo jak obiecywali. Duzo czasu zmarnowanego bez powodu ,przeladowane busy (bo mozna do 15 osobowego busa wcisnac 20 ludzi+ bagaz I zarobic wiecej). Gdy znalezlismy sie znowu w Hanoi ( juz powoli kierujemy sie stad na poludnie I do granicy z Kambodza) emocje siegnely zenitu. W klotni na temat autobusu, ktory byl zdecydowanie duzo gorszy niz ten za ktory zaplacilismy kierowca walnal Pitera. Kurdupel minal sie na szczescie i nietrafil w twarz ale afera byla niezla. Slawka jeszcze nigdy w zyciu nie uzyla tylu przeklenstw na raz a gdyby wrzask zabijal, facet byl by martwy. Potem odbyla sie walka o zwrot kasy (oczywiscie calej na mnie oddali). Szkoda slow.
Teraz jestesmy w Hoi An – miasteczku krawcow i szewcow. Cale ulice zapelnione sa tylko sklepami z ciuchami I materialami . Mozna wejsc i z zurnala wybrac cokolwiek a oni ci to uszyja na nastepny dzien. Tak samo z butami. Zostaniemy tu jeszcze jeden dzien a potem jakies plaze dla odmiany czy cos. Co prawda mamy pecha bo wlasnie zaczyna sie monsun. Obadamy jak to bedzie ...
To byla chyba najgorsza rzecz jaka w zyciu zrobilismy ( gorszy w zyciu Slawki byl tylko atak salmonelli ). Autobus byl brudny (po przejechaniu palcem po siedzeniu zostawala na nim czarna warstwa ) i smierdzacy do granic mozliwosci.
Siedzenia nie rozkladane (przejazd ponad 12 h) i tylko do polowy autobusu bo z tylu wolna przestrzen na cokolwiek. W luku bagazowym przemycali cos w workach co smierdzialo pod niebiosa i wyciekalo podejrzanie. Sami Wietnamole i my jedyni biali. Wszyscy charali, smarali, pluli, palili i rzucali pety na podloge w autobusie. Na caly regulator leciala mordujaca nas muza a kierowca zapieprzal jak by sie palilo (naturalnie klakson co 15 sekund). Nagle ok 2 w nocy posrodku niczego gdzies tam, zatrzymalismy sie i wydedukowalismy, ze teraz tu jest przerwa. Piec godzin. Nikt nie gadal po angielsku, zero informacji co, gdzie i z jakiej racji tu stoimy. Lokalni zalegli gdzie mogli a my na tych siedzeniach na sztywno, w tym syfie. Nie ma nawet gdzie kupic wody czy cos. Po chwili caly autobus chrapal, charkal, pierdzial czy mamrotal cos przez sen. W zagrodzie obok ktos mordowal psa ktory dramatycznie wyl i jazgotal . Bylo duszno i smierdzialo rozpaczliwie. Bylismy bliscy morderstw lub samobojstw..... duzo by tu dalej pisac ale to chyba zarysowuje sytuacje. Koniec koncow podrozowanie tanim kosztem tak - az tak tanim JUZ NIGDY PRZENIGDY NIE!!!!!!!
Przechodzac jednak do samego Wietnamu, jest duzo lepiej niz w Laosie, przy czym zrazilismy sie bardzo do polnocnej czesci. Ludzie tu sa niezbyt mili I strasznie nastawienie na wyciaganie kasy.W sklepach nie ma naklejonych cen i o kazda malutka rzecz trzeba sie wyklocac I targowac. Ciastka ktore na poludniu kosztuja 16tys, tu te same w jednym sklepie 25 a w innym 45 –zalezy jak sie sprzedawcy spodoba. Dalej jestesmy milionerami jak w Laosie bo + - 60 dolarow to milion dongow . Ciezko sie polapac co i jak z ta kasa.
Zaczelismy wiec od miasta Hue –bardzo symapatyczne ( odwiedzilismy je juz zreszta 2 razy. Raz wynajelismy przewodnikow na motorach. Pokazali nam cos jak Wietnam w pigulce. Dowiedzielismy sie min ze perfumowa rzeka ma nazwe od jasminow , cynamonu I jeszcze wielu innych ktorymi cala pachnie w sezonie . Bylo tez o hamurgerowych polach o buddyzmie I maaasa ciekawostek) Pozwiedzalismy tu kilka miejsc takich jak Cytadela I Zapomniane Miasto a potem jeszcze fundnelismy sobie przejazd rykszami do jednej z najstarszych pagod w Wietnamie (patrz galeria). Smieszne uczucie jak ty mlody sobie siedzisz a dziadzio pedaluje z toba dobrych kilka kilometrow ale coz – powiedzmy ze zdrowe zajecie .
Co do pagod I swiatyn to styl panujacy w wietnamie przypadl nam do gustu zdecydowanie bardziej niz w Tajlandii. Wszystko jest pelne spokojnego uroku, drewniane, spokojna kolorystyka, otoczone drzewkami bonzai. Naprawde pieknie i elegancko . Z Hue udalismy sie w polnocnym kierunku do stolicy – Hanoi. (przejazd autokarem gdzie moje siedzenie bylo zepsute bo sie nie odchylalo wcale a Pitera nie wracalo do pozycji siedacej wiec mogl tylko lezec dla odmiany) Stolica bardzo nam sie spodobala. Absolutnie klimatyczne miasto. Dotarlismy tu przed 6 rano i na kwatery pojechalismy moto-taxowkami. Ostatnie stadium nerwicy serca gdy szalony Wietnamol za ktorym siedzisz na siedzeniu gna ile fabryka dala przez czerwane swiatla, w przeciwnym kierunku przez ronda itd. Warto jednak bylo, bo zoabzcylismy niesamowity widok. Cale miasto jest na ulicach (ok 5.45 rano) I wszyscy ubrani w dresy cwicza. W parkach, na chodnikach, gdzie sie da. Albo thai chi albo graja W BADMINTONA. Wszyscy tez sa szczuplutency I nagrubsze osoby jakie widzielismy to turysci. Stolica ma wiele do zaoferowania to tez pozwiedzalismy ile wlezie. Naszym ulubionym miejscem bedzie Swiatynia Literatury i Teatr Wodnych Kukielek ( fakt ze kukielki poruszaja sie na wodzi nadaje im niesamowity realizm) oraz caly tzw Old Quarter czyli stare miasto. Kolejnym miastem na naszej trasie bedzie Sapa. Miejscowosc do ktorej dotrzemy wygodnym sypialnym pociagiem ( opcja ktora wybieramy to 6 lozek w jednej kabinie ulozonych pietrowo. Dwa najwyzsze najtansze ) Sapa to urocz amiejscowoscwysoko w gorach. Slynie z przepieknych widokow calych mas pol tarasowych, ktorymi usiane sa gory do okola. Niestety dla nas pogoda nie dopisala za bardzo. Mgly starsznie ograniczaly widocznosc a zimno zaskoczylo nas totalnie bo nie mamy zbyt cieplych ubran ze soba. Wygrzebalismy co mamy najcieplejszego a biedny Piter jako ze buty mu splesnialy po ostatnim mokrym trekingu musial nosic obciachowe skarpety do sandalow. Tutaj na jednej z uliczek spotykamy widzianych juz gdzies przelotem Holendrow Monike i Keesa . Skumalismy sie i pozostalismy towarzyszami podrozy przez nastepnych pare dni. Razem z nimi wypozyczylismy
Motorki na wycieczke do wodospadow i wiosek lokalnych plemion (galeria). Od razu mielismy maly wypadek bo Piter jakos tak go odpalil ze motor wyskoczyl nam z pod tylkow. Slawka padla na ziemie na nia Piter a motor na nas na gore. Efekt – podrapany lokiec Slawki I lekko podrapana duma Pitera. Od tej chwili szlo nam jednak coraz sprawniej z tymi motorami. Trening czyni mistrza. Po Sapa pojechalismy z Holendrami do Ninh binh pozwiedzac parki krajobrazowe I odpoczac troche od tlumu ludzi. Ten przejazd tez zawieral elementy niecodzienne. Po drodze kierowca busa zatrzymal sie nagle I zakupil z przydroznej chaty mieso zamordowanej swiezo krowy. Niby nic tylko zaladowal nam je wprost pod nogi na podloge . Kawaly parujacego jeszcze miesa I zeber walaly nam sie pod nogami przy kazdym zakrecie. W Ninh Binh znowy wybralismy motory. Mocne przezycie bo trasa w 2/3 biegla droga szybkiego ruchu. Slawka przypomniala sobie jak sie odmawia rozaniec a Piter mial cisnienie 1200 na 800.
Zasada na drodze jest jedna – duzy moze wiecej. Ciezarowy I autobusy rzadza a drobnica na rowerach ,motorach I rykszach musi sobie radzic sprytem I jak tam potrafi. Akcje gdzie laska na rowerze gubi kapelusz w zwiazku z czyn NAGLE zatrzymuje sie na srodku drogi go podnosic. Rozpedzona fala pojazdow wszelkiej masci musi ja wyprzedzac jedni prawa inni lewa strona – kto gdzie moze i ma szczeline wolnego miejsca .Po parkach rozstalismy sie z Holendrami i nastapil czas na wode. Zatoka Ha Long (na liscie Unesco ) jest magicznym miejscem. Dziesiatki
porosnietych na zielono skal z grotami i jaskiniami. Nad tym wszystkim szybuja orly w sporych ilosciach. Pogoda tym razemjak zyleta. Spedzilismy tam 2 dni plywajac statkiem i nocujac na wyspie Cat Ba.Tam jednak na polnocy poza widokami na plus zobaczylismy jacy wietnamole moga byc wredni I falszywi. Kupilismy bilety na te wycieczke i nic nie bylo jak obiecywali. Duzo czasu zmarnowanego bez powodu ,przeladowane busy (bo mozna do 15 osobowego busa wcisnac 20 ludzi+ bagaz I zarobic wiecej). Gdy znalezlismy sie znowu w Hanoi ( juz powoli kierujemy sie stad na poludnie I do granicy z Kambodza) emocje siegnely zenitu. W klotni na temat autobusu, ktory byl zdecydowanie duzo gorszy niz ten za ktory zaplacilismy kierowca walnal Pitera. Kurdupel minal sie na szczescie i nietrafil w twarz ale afera byla niezla. Slawka jeszcze nigdy w zyciu nie uzyla tylu przeklenstw na raz a gdyby wrzask zabijal, facet byl by martwy. Potem odbyla sie walka o zwrot kasy (oczywiscie calej na mnie oddali). Szkoda slow.
Teraz jestesmy w Hoi An – miasteczku krawcow i szewcow. Cale ulice zapelnione sa tylko sklepami z ciuchami I materialami . Mozna wejsc i z zurnala wybrac cokolwiek a oni ci to uszyja na nastepny dzien. Tak samo z butami. Zostaniemy tu jeszcze jeden dzien a potem jakies plaze dla odmiany czy cos. Co prawda mamy pecha bo wlasnie zaczyna sie monsun. Obadamy jak to bedzie ...
wtorek, 23 października 2007
Laos
Laos - podobno jedno z bardziej zrelaksowanych i najbardziej zbombardowanych miejsc na swiecie.
Przekroczylimy jego granice z Tajlandia w miejscowosci Huay Xai i nastepne 2 dni plynelismy lodzia po rzece Mekong. Lodz jak na nasze oko przewidziana byla na kilkadziesiat osob. Wepchnieto ze 100 kilkadziesiat pasazerow. Scisk byl dobry, siedzonka trwarde na smierc a towarzystwo z braku innych zajec pilo i darlo mordy w wesolym amoku. 2 takie dni, gdzie pomiedzy nas zostala jeszcze wcisnieta lokalna ludnosc z dobytkiem (ryz, tobolki, motocykl, itp) scisk conajmniej im nie przeszkadzal. Jedna laska swobodnie uzyla piterowej czapki jako poduszki i zasnela mi prawie na nogach. Dotarlismy tak do Luang Prabang - co za cudowne miasteczko.
Opisywane jest jako jedno z piekniejszych w poludniowo-wschodniej Azji i nie jest to przesadzone.
Fantastyczny klimacik. Male knajpki, masa dobrej jakosci wyrobow i bizuterii, nocne bazary i dobre wegetarianskie bufety.
Spedzilismy w LP 3 wesole dni w doborowym towarzystwie poznanym na lodzi. Para z Lotwy, Australii i Kanady.
Przesmieszni ludzie, najlepsza ekipa jaka do tej porty spotkalismy. Najpierw pojechalismy z nimi do krainy wodospadow, (zobacz w galerii) a w kolejny dzien splywalismy kajakami - mialy byc to sporty extremalne. Rzeka stopien trudnosci 3 na 5 mozliwych, wiec my w pelnym ekwipunku (kaski, kamizelki). Poza 6 szybszymi kawalkami, tafla wody byla gladka jak stol. Dotarlo do nas jak debilnie prezentujemy sie w tym wszystkim na tle tak spokojnej wody, gdy jedna z miejsowych kobiet weszla do lodki i z braku wiosel, zdjela klapki i spokojnie wioslujac nimi przeplynela na drugi brzeg rzeki. Dostalismy ataku smiechu i nie przeszlo nam juz do konca.
Kolejne miasto na naszej laotanskiej trasie to Vientiane (stolica). Dotarlismy tam dziennym autobusem. Nasz kierowca pedzil jak sam szatan po drodze tak kretej jak to tylko mozliwe. Z dachu spadl jakis pakunek, dziecko za nami sie porzygalo, klimy nie bylo a na caly regulator rozbrzmiewalo disco Lao. Po 10 takich godzinach bylismy nieco zrujnowani psychicznie. O stolicy powiemy tylko tyle - nic ciekawego. Betonowo i bez klimatu.
Nastepny przystanek to Pakse. Kolejne 9 godzin tym razem w luksusowym nocnym autobusie, gdzie podano nam kanapki i kocyk do przykrycia (oczywiscie jak jest klima to na maxa, -1000 stopni). Przesiedzielismy tam cale 2 dni lekko (4km od centrum) na uboczu :) W naszym hoteliku nikt nie byl zapewne od 10 lat. Lozko (plyta pazdziezowa) i narzuta. Lazienka z kipami za kiblem i masa mydel i czyjegos stafu ... Posciel podejzana bo swedzialo nas potem wszystko. Obsluga bez angielskiego. Nikt nie wiedzial oco chodzi. Dopiero po godzinie od przekroczenia progu tego przybytku udalo nam sie dogadac z organizatorem tej imprezy, ktory przyjechal specjalnie do nas :)
Oprocz dobrej indyjskiej restauracji, tam naprawde nic nie bylo. Obecnie piszemy tego bloga z Savannaket i tu tez nic nie ma ... doslownie. Kicz na straganie i 2 swiatynie na krzyz. Czekamy juz na ten Wietnam ale to dopiero jutro.
THE END.
Przekroczylimy jego granice z Tajlandia w miejscowosci Huay Xai i nastepne 2 dni plynelismy lodzia po rzece Mekong. Lodz jak na nasze oko przewidziana byla na kilkadziesiat osob. Wepchnieto ze 100 kilkadziesiat pasazerow. Scisk byl dobry, siedzonka trwarde na smierc a towarzystwo z braku innych zajec pilo i darlo mordy w wesolym amoku. 2 takie dni, gdzie pomiedzy nas zostala jeszcze wcisnieta lokalna ludnosc z dobytkiem (ryz, tobolki, motocykl, itp) scisk conajmniej im nie przeszkadzal. Jedna laska swobodnie uzyla piterowej czapki jako poduszki i zasnela mi prawie na nogach. Dotarlismy tak do Luang Prabang - co za cudowne miasteczko.
Opisywane jest jako jedno z piekniejszych w poludniowo-wschodniej Azji i nie jest to przesadzone.
Fantastyczny klimacik. Male knajpki, masa dobrej jakosci wyrobow i bizuterii, nocne bazary i dobre wegetarianskie bufety.
Spedzilismy w LP 3 wesole dni w doborowym towarzystwie poznanym na lodzi. Para z Lotwy, Australii i Kanady.
Przesmieszni ludzie, najlepsza ekipa jaka do tej porty spotkalismy. Najpierw pojechalismy z nimi do krainy wodospadow, (zobacz w galerii) a w kolejny dzien splywalismy kajakami - mialy byc to sporty extremalne. Rzeka stopien trudnosci 3 na 5 mozliwych, wiec my w pelnym ekwipunku (kaski, kamizelki). Poza 6 szybszymi kawalkami, tafla wody byla gladka jak stol. Dotarlo do nas jak debilnie prezentujemy sie w tym wszystkim na tle tak spokojnej wody, gdy jedna z miejsowych kobiet weszla do lodki i z braku wiosel, zdjela klapki i spokojnie wioslujac nimi przeplynela na drugi brzeg rzeki. Dostalismy ataku smiechu i nie przeszlo nam juz do konca.
Kolejne miasto na naszej laotanskiej trasie to Vientiane (stolica). Dotarlismy tam dziennym autobusem. Nasz kierowca pedzil jak sam szatan po drodze tak kretej jak to tylko mozliwe. Z dachu spadl jakis pakunek, dziecko za nami sie porzygalo, klimy nie bylo a na caly regulator rozbrzmiewalo disco Lao. Po 10 takich godzinach bylismy nieco zrujnowani psychicznie. O stolicy powiemy tylko tyle - nic ciekawego. Betonowo i bez klimatu.
Nastepny przystanek to Pakse. Kolejne 9 godzin tym razem w luksusowym nocnym autobusie, gdzie podano nam kanapki i kocyk do przykrycia (oczywiscie jak jest klima to na maxa, -1000 stopni). Przesiedzielismy tam cale 2 dni lekko (4km od centrum) na uboczu :) W naszym hoteliku nikt nie byl zapewne od 10 lat. Lozko (plyta pazdziezowa) i narzuta. Lazienka z kipami za kiblem i masa mydel i czyjegos stafu ... Posciel podejzana bo swedzialo nas potem wszystko. Obsluga bez angielskiego. Nikt nie wiedzial oco chodzi. Dopiero po godzinie od przekroczenia progu tego przybytku udalo nam sie dogadac z organizatorem tej imprezy, ktory przyjechal specjalnie do nas :)
Oprocz dobrej indyjskiej restauracji, tam naprawde nic nie bylo. Obecnie piszemy tego bloga z Savannaket i tu tez nic nie ma ... doslownie. Kicz na straganie i 2 swiatynie na krzyz. Czekamy juz na ten Wietnam ale to dopiero jutro.
THE END.
wtorek, 16 października 2007
Chiang - znaczy slon
Dotarlismy w koncu na polnoc. Chiang Mai , Chiang Rai i ZLOTY TROJKAT. Mozna powiedziec ze transport koleja to mamy obcykany. Pociagi sypialne czy dzienne gdzie serwuja zarcie jak w samolotach ( w cenie biletu). Nawet w takim pociagu mielismy pierwsze doswiadczenie z ''egzotycznym jedzienem ''.Zapodalismy smakowicie pachnaca zupe, w ktorej plywaly niezidentyfikowane czarne cosie. Piter uznal, ze pewnie to jakies grzyby i pozarl to ze smakiem. Potem sie dowiedzielismy ze te cosie to byla zakrzepla krew....
Tak wiec wyladowalismy w Chiang Maiw w bardzo fajnym guest housie. Superowa atmosferka , sniadanie przybrane kwiatkami itd:). Zreszta nam osobiscie polnoc bardziej przypadla do gustu. Wolimy gory niz morze, poza tym luzniejsza tu atmosfera.
Nie jest az tak tloczno( przynajmniej teraz )i jest taniej niz na takich wyspach czy w Bangkoku. Pozwiedzalismy miasto i oklice, min muzeum plemion , ktorych tutaj zyje calkiem sporo. Zyja w wioskach, jedni bardzo naturalnie inni juz troche pod turystow ale ciekawie i tak. Posrod wielu, najbardziej wyrozniaja sie DLUGOSZYJE - plemie, w ktorym dziewczynkom od 5 roku zycia zaklada sie na szyje metalowe obrecze nienaturalnie wydluzajac ja w te sposob,lub DLUGOUCHE. Obie sprawy dotycza tylko kobiet.Tutaj na polnocy mielismy tez zaplanowany treking. Trzy dni w dzungli z przewodnikiem. Za dnia lazisz po dzungli roznymi szkalami a noce spedzasz badz w tych plemiennych wioskach, badz w chatach zbudowanych wlasnie do tego celu. Jedna z takich chat byla umiejscowiona jakies 10 m od wodospadu. Wszystko do okola jest wilgotne (materac na ktorym spisz ,koc ktorym masz sie przykryc,lawki na ktorych konsumujesz ,ziemia na ktorej stoisz. Dodajac do tego wielkie dziury w moskitierach noc nabiera calkiem innego wymiaru szczegolnie gdy nieopodal jest huczacy wodospad a dzungla odzywa sie swoim wlasnym glosem - miazga. Przy okazji zaladowano nas tez na slonie i zaliczylismy treking tez na nich. Nie popieramy jednak takich akcji bo zal nam grubaskow i jedyne co,to odwdzieczylismy sie masa zakupionych bananow co by se chlopaki podjadly troche. Kolejna atrakcja byl splyw babmusowymi tratwami. Tu bylo smiesznie , bo nasz grupowy Japonczyk( ktory na treking wybral sie w gladkopodeszwowych-cichobiegach i latal po calym trakcie jak szmata. Deszcze + mokre liscie + korzenie i glina = piekne poslizgi i pady na pysk tak co 20 krokow )nie dal rady z balansem i spadl z tratwy do rwacej rzeki. Dwa rzy zniknal nam z pola widzenia pod tafla wody, ale uratowalismy nieboraka. On sam podobno bawil sie swietnie ( my - gdy on znikal pod woda mielismy panike w oczach ):)
Kolejna fajnista rzecza sa tutaj nocne bazary. Maja tu takie piekne rzeczy, ze az sie plakac chce bo nie masz dodatkowej walizy , wktora mozna by pakowac te cudenka.
Ah ciezkie jest zycie podroznika :)))))))))))))))
Tak wiec wyladowalismy w Chiang Maiw w bardzo fajnym guest housie. Superowa atmosferka , sniadanie przybrane kwiatkami itd:). Zreszta nam osobiscie polnoc bardziej przypadla do gustu. Wolimy gory niz morze, poza tym luzniejsza tu atmosfera.
Nie jest az tak tloczno( przynajmniej teraz )i jest taniej niz na takich wyspach czy w Bangkoku. Pozwiedzalismy miasto i oklice, min muzeum plemion , ktorych tutaj zyje calkiem sporo. Zyja w wioskach, jedni bardzo naturalnie inni juz troche pod turystow ale ciekawie i tak. Posrod wielu, najbardziej wyrozniaja sie DLUGOSZYJE - plemie, w ktorym dziewczynkom od 5 roku zycia zaklada sie na szyje metalowe obrecze nienaturalnie wydluzajac ja w te sposob,lub DLUGOUCHE. Obie sprawy dotycza tylko kobiet.Tutaj na polnocy mielismy tez zaplanowany treking. Trzy dni w dzungli z przewodnikiem. Za dnia lazisz po dzungli roznymi szkalami a noce spedzasz badz w tych plemiennych wioskach, badz w chatach zbudowanych wlasnie do tego celu. Jedna z takich chat byla umiejscowiona jakies 10 m od wodospadu. Wszystko do okola jest wilgotne (materac na ktorym spisz ,koc ktorym masz sie przykryc,lawki na ktorych konsumujesz ,ziemia na ktorej stoisz. Dodajac do tego wielkie dziury w moskitierach noc nabiera calkiem innego wymiaru szczegolnie gdy nieopodal jest huczacy wodospad a dzungla odzywa sie swoim wlasnym glosem - miazga. Przy okazji zaladowano nas tez na slonie i zaliczylismy treking tez na nich. Nie popieramy jednak takich akcji bo zal nam grubaskow i jedyne co,to odwdzieczylismy sie masa zakupionych bananow co by se chlopaki podjadly troche. Kolejna atrakcja byl splyw babmusowymi tratwami. Tu bylo smiesznie , bo nasz grupowy Japonczyk( ktory na treking wybral sie w gladkopodeszwowych-cichobiegach i latal po calym trakcie jak szmata. Deszcze + mokre liscie + korzenie i glina = piekne poslizgi i pady na pysk tak co 20 krokow )nie dal rady z balansem i spadl z tratwy do rwacej rzeki. Dwa rzy zniknal nam z pola widzenia pod tafla wody, ale uratowalismy nieboraka. On sam podobno bawil sie swietnie ( my - gdy on znikal pod woda mielismy panike w oczach ):)
Kolejna fajnista rzecza sa tutaj nocne bazary. Maja tu takie piekne rzeczy, ze az sie plakac chce bo nie masz dodatkowej walizy , wktora mozna by pakowac te cudenka.
Ah ciezkie jest zycie podroznika :)))))))))))))))
poniedziałek, 8 października 2007
Ko Tao - bul bul bul
01.10 dotarlismy na KoTao - wyspe, na ktorej wykupilismy kurs nurkowania. Zapowiada sie na 6 dni dobrej zabawy. Zakwaterowano nas w prostym pokoju, ktory wspoldzielilismy z gekonami i masa mrowek.
Te niesamowite stworzenia czestowaly sie z naszego kosza na smieci i co tylko mogly wynosily gdzies pod sufit, zwarta kolumna 24 h/dobe. Poznalismy kolejnych ciekawych ludzi, ktorzy zostali naszym kompanami na czas pobytu na wyspie. Para z Izraela Szir i Idan oraz wesoly Holendre Joop.
Spedzalismy ze soba na prawde duzo czasu nurkujac a wieczorami opowiadajac sobie jak to jest w naszych krajach. Na ten przyklad zarowno Szir jak i Idan odbyli obydwoje obowiazkowa dla obu plci, 3letnia sluzbe wojskowa. Ciezko tam maja ze wzgledu na ciagle napiecia polityczne. Z kolei Joop po latach malzenstwa z kobieta z ktora ma 2 corki, zrozumial ze to nie to i teraz dla odmiany od 3 lat jest z facetem :D
Na Ko Tao spedzilismy 6 dni ale nie bylo czasu na zwiedzanie, bo kurs byl dosc intensywny (poza tym wyspa ta slynie raczej z pieknych miejsc do nurkowania niz zwiedzania terenu) Na opanowanie wiedzy z podrecznika mielismy 3 dni(nurkowania pamiedzy). Samo nurkowaie jest niesamowita sprawa. Nauczenie sie przebywania w tak gestym otoczeniu nie przyszlo Slawce bez trudu i poczatkowo myslala, ze sobie odpusci te impreze. Dobry instruktor jednak to polowa sukcesu i po dluzszej chwili miala juz to wszystko POCHYTANE :)
4-go dnia po zajeciach wreczono nam karty testowe i przystapilismy do egzaminu. Zdalismy wszyscy (Szir nie robila kursu ze wzgledu na astme) najlepiej Piter, ktory uzyskal najwieksza liczbe punktow:) Na ostatnim nurkowaniu jeszcze raz poddano nas probie i tak oto stalismy sie licencjonowanymi nurkami(do 18 metrow). Korale, mureny, barakudy, ogorki marskie, rozgwiazdy, zolwie i inne morskie stwory nie maja juz przed nami tajemnic.
Gdy 6-go dnia przyszlo nam sie pozegnac uczynislismy to nie bez zalu. Teraz kierujemy sie wprost na polnoc do Chang Mai an Chang Rai, gdzie robimy treking na sloniach przez dzungle, tratwy i inne dzikei akcje. Bardzo Was wszystkich pozdrawiamy:D
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)