Kolejnym miastem na naszej trasie bylo Nha Trang - najpopularniejsza nadmorska miejscowosc. Dotarlismy tu wygodnym (o dziwo) nocnym autobusem. Lezysz sobie, sluchasz muzy i podziwiasz. Dobrze jest. Od pierwszych chwil po wyjsciu z autobusu nastroje nam sie zepsuly. Poniewaz lalo cala noc, luk bagazowy zalalo a w nim nasze plecaki. Plecak Slawki najbardziej wraz z cala jego zawartoscia. Leje, nic nie chce schnac, poruszanie sie po miescie trudne. W zwiazku z warunkami pogodowymi spedzilismy tu az jedna noc (bo zapowiedzi na najblizsze dni niewiele sie roznily). Co tu robic jak leje w ciezki sposob? Gorace zrodla!! Jak siedzisz w wodzie to fakt lejacego do okola deszczu nie ma znaczenia:). Tak wiec najpierw kapiel w blocie leczniczym. Nastepnie bicze szkockie i moczenie w goracym baseniku. Na koniec plywanie w duzym basenie (temp prawie 40stopni ) , masaz i sauna. Nic dodac nic ujac. Poza tym do naszych wspomnien z Nha Trang dolacza jeszcze swietne jedzienie i lody, ktore Piterowi snily sie jeszcze przez tydzien:).
11.11 - Docieramy do Dalatu. Baaardzo fajne miasto. Nazywane wietnamskim Paryzem. Maja tu nawet swoja wieze Eifla i jezioro po ktorym mozna poplywac wielkimi labedziami. Niesamowitym obiektem jest tzw.SZALONY DOM/galeria. Zaprojektowany przez (najwyrazniej ) dzika Wietnamke ( studiowala architekture w Moskwie) ktora mieszka tu do dzis. Mozna poogladac i wynajac pokoj na noc - niestety drogo sobie licza. Styl jakby Gaudiego troche - dzikie kolory, struktury, rzezby i pomysly nie z tej ziemi:). W nieco podobnym stylu jest tez kawiarnia 100 dachow. Nasza ulubiona zreszta. Przesiadywalismy tam wieczorami tnac w karty i pijac herbate z gerbery. Kilka pieter totalnie zakreconych pomieszczen. Wszedzie stoliki, stoliczki, wystajace ze scian krzesla, rosliny, zbiorniki wodne, lampy, dziwne maski, ptaki itd. To wszystko odpowiednio podswietlone i miejsce z innego swiata gotowe.
W wietnamie slynni sa tzw Easy Riders. Kolesie na motorach, ktorzy woza cie z miasta do miasta po drodze opowiadajac i goszczac w znajomych domach. My wybralismy ich uslugi na mniejsza skale - wycieczke do okola Dalatu. I tak Dalat i jego okolice umieszczamy w scislej czolowce najladniejszych miast Wietnamu. Widoki, widoki widoki. Pagody (w jednej z nich najpiekniejszy posag buddy jaki do tej pory widzielismy ) swiatynie, wodospady ( i szalony zjazd bobslejo-zjezdzalnia). Naturalnie chlopaki poza miejscami pieknymi, pokazali nam tez jakies badziewne. Na ten przyklad WIOSKA KURCZAKA. Wioska -jak kazda inna z wielkim betonowym posagiem kuraka posrodku i jakas sliska historia na ten temat....lub wodospad Cam Cy 1,5 metra spadu ( wow ) a do okola Wietnamole na koniach jako kowboje, slon na lancuchu, gokarty i wyciag krzeselkowy na odcinku 250 metrow ( osobno platny ).
Z Dalatu uderzylismy do Mui Ne. Kolejna miejscowosc nad morzem. Powiemy tak : jesli ktos szuka spokoju, wschodow i zachodow slonca na plazy, spokoju, plazy.....to tu znajdzie.:) Dobre miejsce do powiszenia bez celu i relaxu. Tak wiec zbieralismy muszelki, plywalismy, chodzilismy do knajpki POGO BAR ( prowadzi go mloda Niemka, ktora tez wyruszyla w podroz. Po 3 miesiacach ktos zaproponowal jej prowadzenie pubu. Tak o - w Wietnamie po prostu. Zgodzila sie i podpisala kontrakt na 10 lat:) 2 ma juz za soba i dobrze sobie radzi. Dobre jedzienie, dobra muza i lody o smaku zielonej herbaty).
Zaliczylismy tez przejazd motorem w 3 osoby. Taniej niz branie 2 osobnych a wietnamskim sposobem miescimy sie razem z kierowca i plecakiem na jednym -wiec czemu nie? :) Jedna tylko rzecz byla przestraszna. Tysiace malych gryzacych muszek na plazy. Pozarly Slawke tak strasznie ze nie mogla spac w nocy bo musiala sie wsciekle drapac. Do tego doszlo kilka komarow i po policzeniu bylo na samej tylko 1 nodze okolo 40 ukaszen! Pozegnalismy Mui Ne bez zalu. Plackeim na plazy to jednak nie nasza specjalnosc.
No to dalej miasto HO CHI MINH czyli witamy w Sajgonie. Ho ho co za ogrom. Wieksze niz Hanoi. (kiedys to wlasnie Sajgon byl stolica poludniowego Wietnamu). Wszystkiego jest wiecej. Ludzi (okolo 8 milionow ), motorow ( okolo 3 miliony ) straganow, handlarzy, zebrakow, hoteli itd. Totalny szal w gaciach. Podoba nam sie bardzo (a Piterowi najbardziej sklepy z elektronika:) Poznalismy na wieczornym piwkowaniu ( piwo wietnamskie sikacz straszny. Slabe i bez gazu- smierdzi moczem jakby....:) ) Que - lokalnego. Wiedzial skubany strasznie duzo o Polsce. O papiezu, o blizniakach , o Walesie o Tusku nawet!! Slawka chciala skosztowac psiego miesa - w imie poznawania innych kultur. Piter nie dal sie jednak namowic tym razem i Que obiecal nam, ze jak sie znowu zgadamy to zaprowadzi nas w odpowiednie miejsce. Obadamy.
Jeden z dni spedzilismy na wycieczce organizowanej z Sajgonu do Cu Chi - tuneli wietkongu. Ci ludzie sa niesamowici. Wola walki i niezlomnosc dzialania godne najwyzszego podziwu. Musieli byc malency i chudziency bo w miejscach gdzie oni smigali kilometra mi w te i z powrotem pod ziemia my, ledwo przeszlismy 120 metrow. Nogi jak z waty. Masa zmyslnych pulapek i stacji przetwarzania zuzytej juz amunicji, ktora zrzucili na ich Amerykanie. Masakryczna ilosc bomb zrzucona w tym rejonie pozostawila po sobie wielgasne kratety. Ponura sprawa. Po tunelach dobilismy sie jeszcze wizyta w muzeum wojny. To juz bylo za wiele. Slawka sie poryczala. Tak absolutnie genialne zdjecia pokazujace ogrom cierpien ,tortur, masakry i przemocy. Osoby fotografujace tak przerazajaco dokladnie pokazaly co sie tam dzialo, ze czulismy sie tam prawie obecni z nimi. Nie bedziemy w stanie opisac tego slowami.....WOJNA JEST DO DUPY!!!!!!!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz