Laos - podobno jedno z bardziej zrelaksowanych i najbardziej zbombardowanych miejsc na swiecie.
Przekroczylimy jego granice z Tajlandia w miejscowosci Huay Xai i nastepne 2 dni plynelismy lodzia po rzece Mekong. Lodz jak na nasze oko przewidziana byla na kilkadziesiat osob. Wepchnieto ze 100 kilkadziesiat pasazerow. Scisk byl dobry, siedzonka trwarde na smierc a towarzystwo z braku innych zajec pilo i darlo mordy w wesolym amoku. 2 takie dni, gdzie pomiedzy nas zostala jeszcze wcisnieta lokalna ludnosc z dobytkiem (ryz, tobolki, motocykl, itp) scisk conajmniej im nie przeszkadzal. Jedna laska swobodnie uzyla piterowej czapki jako poduszki i zasnela mi prawie na nogach. Dotarlismy tak do Luang Prabang - co za cudowne miasteczko.
Opisywane jest jako jedno z piekniejszych w poludniowo-wschodniej Azji i nie jest to przesadzone.
Fantastyczny klimacik. Male knajpki, masa dobrej jakosci wyrobow i bizuterii, nocne bazary i dobre wegetarianskie bufety.
Spedzilismy w LP 3 wesole dni w doborowym towarzystwie poznanym na lodzi. Para z Lotwy, Australii i Kanady.
Przesmieszni ludzie, najlepsza ekipa jaka do tej porty spotkalismy. Najpierw pojechalismy z nimi do krainy wodospadow, (zobacz w galerii) a w kolejny dzien splywalismy kajakami - mialy byc to sporty extremalne. Rzeka stopien trudnosci 3 na 5 mozliwych, wiec my w pelnym ekwipunku (kaski, kamizelki). Poza 6 szybszymi kawalkami, tafla wody byla gladka jak stol. Dotarlo do nas jak debilnie prezentujemy sie w tym wszystkim na tle tak spokojnej wody, gdy jedna z miejsowych kobiet weszla do lodki i z braku wiosel, zdjela klapki i spokojnie wioslujac nimi przeplynela na drugi brzeg rzeki. Dostalismy ataku smiechu i nie przeszlo nam juz do konca.
Kolejne miasto na naszej laotanskiej trasie to Vientiane (stolica). Dotarlismy tam dziennym autobusem. Nasz kierowca pedzil jak sam szatan po drodze tak kretej jak to tylko mozliwe. Z dachu spadl jakis pakunek, dziecko za nami sie porzygalo, klimy nie bylo a na caly regulator rozbrzmiewalo disco Lao. Po 10 takich godzinach bylismy nieco zrujnowani psychicznie. O stolicy powiemy tylko tyle - nic ciekawego. Betonowo i bez klimatu.
Nastepny przystanek to Pakse. Kolejne 9 godzin tym razem w luksusowym nocnym autobusie, gdzie podano nam kanapki i kocyk do przykrycia (oczywiscie jak jest klima to na maxa, -1000 stopni). Przesiedzielismy tam cale 2 dni lekko (4km od centrum) na uboczu :) W naszym hoteliku nikt nie byl zapewne od 10 lat. Lozko (plyta pazdziezowa) i narzuta. Lazienka z kipami za kiblem i masa mydel i czyjegos stafu ... Posciel podejzana bo swedzialo nas potem wszystko. Obsluga bez angielskiego. Nikt nie wiedzial oco chodzi. Dopiero po godzinie od przekroczenia progu tego przybytku udalo nam sie dogadac z organizatorem tej imprezy, ktory przyjechal specjalnie do nas :)
Oprocz dobrej indyjskiej restauracji, tam naprawde nic nie bylo. Obecnie piszemy tego bloga z Savannaket i tu tez nic nie ma ... doslownie. Kicz na straganie i 2 swiatynie na krzyz. Czekamy juz na ten Wietnam ale to dopiero jutro.
THE END.
wtorek, 23 października 2007
wtorek, 16 października 2007
Chiang - znaczy slon
Dotarlismy w koncu na polnoc. Chiang Mai , Chiang Rai i ZLOTY TROJKAT. Mozna powiedziec ze transport koleja to mamy obcykany. Pociagi sypialne czy dzienne gdzie serwuja zarcie jak w samolotach ( w cenie biletu). Nawet w takim pociagu mielismy pierwsze doswiadczenie z ''egzotycznym jedzienem ''.Zapodalismy smakowicie pachnaca zupe, w ktorej plywaly niezidentyfikowane czarne cosie. Piter uznal, ze pewnie to jakies grzyby i pozarl to ze smakiem. Potem sie dowiedzielismy ze te cosie to byla zakrzepla krew....
Tak wiec wyladowalismy w Chiang Maiw w bardzo fajnym guest housie. Superowa atmosferka , sniadanie przybrane kwiatkami itd:). Zreszta nam osobiscie polnoc bardziej przypadla do gustu. Wolimy gory niz morze, poza tym luzniejsza tu atmosfera.
Nie jest az tak tloczno( przynajmniej teraz )i jest taniej niz na takich wyspach czy w Bangkoku. Pozwiedzalismy miasto i oklice, min muzeum plemion , ktorych tutaj zyje calkiem sporo. Zyja w wioskach, jedni bardzo naturalnie inni juz troche pod turystow ale ciekawie i tak. Posrod wielu, najbardziej wyrozniaja sie DLUGOSZYJE - plemie, w ktorym dziewczynkom od 5 roku zycia zaklada sie na szyje metalowe obrecze nienaturalnie wydluzajac ja w te sposob,lub DLUGOUCHE. Obie sprawy dotycza tylko kobiet.Tutaj na polnocy mielismy tez zaplanowany treking. Trzy dni w dzungli z przewodnikiem. Za dnia lazisz po dzungli roznymi szkalami a noce spedzasz badz w tych plemiennych wioskach, badz w chatach zbudowanych wlasnie do tego celu. Jedna z takich chat byla umiejscowiona jakies 10 m od wodospadu. Wszystko do okola jest wilgotne (materac na ktorym spisz ,koc ktorym masz sie przykryc,lawki na ktorych konsumujesz ,ziemia na ktorej stoisz. Dodajac do tego wielkie dziury w moskitierach noc nabiera calkiem innego wymiaru szczegolnie gdy nieopodal jest huczacy wodospad a dzungla odzywa sie swoim wlasnym glosem - miazga. Przy okazji zaladowano nas tez na slonie i zaliczylismy treking tez na nich. Nie popieramy jednak takich akcji bo zal nam grubaskow i jedyne co,to odwdzieczylismy sie masa zakupionych bananow co by se chlopaki podjadly troche. Kolejna atrakcja byl splyw babmusowymi tratwami. Tu bylo smiesznie , bo nasz grupowy Japonczyk( ktory na treking wybral sie w gladkopodeszwowych-cichobiegach i latal po calym trakcie jak szmata. Deszcze + mokre liscie + korzenie i glina = piekne poslizgi i pady na pysk tak co 20 krokow )nie dal rady z balansem i spadl z tratwy do rwacej rzeki. Dwa rzy zniknal nam z pola widzenia pod tafla wody, ale uratowalismy nieboraka. On sam podobno bawil sie swietnie ( my - gdy on znikal pod woda mielismy panike w oczach ):)
Kolejna fajnista rzecza sa tutaj nocne bazary. Maja tu takie piekne rzeczy, ze az sie plakac chce bo nie masz dodatkowej walizy , wktora mozna by pakowac te cudenka.
Ah ciezkie jest zycie podroznika :)))))))))))))))
Tak wiec wyladowalismy w Chiang Maiw w bardzo fajnym guest housie. Superowa atmosferka , sniadanie przybrane kwiatkami itd:). Zreszta nam osobiscie polnoc bardziej przypadla do gustu. Wolimy gory niz morze, poza tym luzniejsza tu atmosfera.
Nie jest az tak tloczno( przynajmniej teraz )i jest taniej niz na takich wyspach czy w Bangkoku. Pozwiedzalismy miasto i oklice, min muzeum plemion , ktorych tutaj zyje calkiem sporo. Zyja w wioskach, jedni bardzo naturalnie inni juz troche pod turystow ale ciekawie i tak. Posrod wielu, najbardziej wyrozniaja sie DLUGOSZYJE - plemie, w ktorym dziewczynkom od 5 roku zycia zaklada sie na szyje metalowe obrecze nienaturalnie wydluzajac ja w te sposob,lub DLUGOUCHE. Obie sprawy dotycza tylko kobiet.Tutaj na polnocy mielismy tez zaplanowany treking. Trzy dni w dzungli z przewodnikiem. Za dnia lazisz po dzungli roznymi szkalami a noce spedzasz badz w tych plemiennych wioskach, badz w chatach zbudowanych wlasnie do tego celu. Jedna z takich chat byla umiejscowiona jakies 10 m od wodospadu. Wszystko do okola jest wilgotne (materac na ktorym spisz ,koc ktorym masz sie przykryc,lawki na ktorych konsumujesz ,ziemia na ktorej stoisz. Dodajac do tego wielkie dziury w moskitierach noc nabiera calkiem innego wymiaru szczegolnie gdy nieopodal jest huczacy wodospad a dzungla odzywa sie swoim wlasnym glosem - miazga. Przy okazji zaladowano nas tez na slonie i zaliczylismy treking tez na nich. Nie popieramy jednak takich akcji bo zal nam grubaskow i jedyne co,to odwdzieczylismy sie masa zakupionych bananow co by se chlopaki podjadly troche. Kolejna atrakcja byl splyw babmusowymi tratwami. Tu bylo smiesznie , bo nasz grupowy Japonczyk( ktory na treking wybral sie w gladkopodeszwowych-cichobiegach i latal po calym trakcie jak szmata. Deszcze + mokre liscie + korzenie i glina = piekne poslizgi i pady na pysk tak co 20 krokow )nie dal rady z balansem i spadl z tratwy do rwacej rzeki. Dwa rzy zniknal nam z pola widzenia pod tafla wody, ale uratowalismy nieboraka. On sam podobno bawil sie swietnie ( my - gdy on znikal pod woda mielismy panike w oczach ):)
Kolejna fajnista rzecza sa tutaj nocne bazary. Maja tu takie piekne rzeczy, ze az sie plakac chce bo nie masz dodatkowej walizy , wktora mozna by pakowac te cudenka.
Ah ciezkie jest zycie podroznika :)))))))))))))))
poniedziałek, 8 października 2007
Ko Tao - bul bul bul
01.10 dotarlismy na KoTao - wyspe, na ktorej wykupilismy kurs nurkowania. Zapowiada sie na 6 dni dobrej zabawy. Zakwaterowano nas w prostym pokoju, ktory wspoldzielilismy z gekonami i masa mrowek.
Te niesamowite stworzenia czestowaly sie z naszego kosza na smieci i co tylko mogly wynosily gdzies pod sufit, zwarta kolumna 24 h/dobe. Poznalismy kolejnych ciekawych ludzi, ktorzy zostali naszym kompanami na czas pobytu na wyspie. Para z Izraela Szir i Idan oraz wesoly Holendre Joop.
Spedzalismy ze soba na prawde duzo czasu nurkujac a wieczorami opowiadajac sobie jak to jest w naszych krajach. Na ten przyklad zarowno Szir jak i Idan odbyli obydwoje obowiazkowa dla obu plci, 3letnia sluzbe wojskowa. Ciezko tam maja ze wzgledu na ciagle napiecia polityczne. Z kolei Joop po latach malzenstwa z kobieta z ktora ma 2 corki, zrozumial ze to nie to i teraz dla odmiany od 3 lat jest z facetem :D
Na Ko Tao spedzilismy 6 dni ale nie bylo czasu na zwiedzanie, bo kurs byl dosc intensywny (poza tym wyspa ta slynie raczej z pieknych miejsc do nurkowania niz zwiedzania terenu) Na opanowanie wiedzy z podrecznika mielismy 3 dni(nurkowania pamiedzy). Samo nurkowaie jest niesamowita sprawa. Nauczenie sie przebywania w tak gestym otoczeniu nie przyszlo Slawce bez trudu i poczatkowo myslala, ze sobie odpusci te impreze. Dobry instruktor jednak to polowa sukcesu i po dluzszej chwili miala juz to wszystko POCHYTANE :)
4-go dnia po zajeciach wreczono nam karty testowe i przystapilismy do egzaminu. Zdalismy wszyscy (Szir nie robila kursu ze wzgledu na astme) najlepiej Piter, ktory uzyskal najwieksza liczbe punktow:) Na ostatnim nurkowaniu jeszcze raz poddano nas probie i tak oto stalismy sie licencjonowanymi nurkami(do 18 metrow). Korale, mureny, barakudy, ogorki marskie, rozgwiazdy, zolwie i inne morskie stwory nie maja juz przed nami tajemnic.
Gdy 6-go dnia przyszlo nam sie pozegnac uczynislismy to nie bez zalu. Teraz kierujemy sie wprost na polnoc do Chang Mai an Chang Rai, gdzie robimy treking na sloniach przez dzungle, tratwy i inne dzikei akcje. Bardzo Was wszystkich pozdrawiamy:D
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)